Miejsca czekają


Bolesławiec Bezdomni wolą koczować na dworcu, niż iść do noclegowni

– Przychodzą do nas ludzie ze straszliwymi ranami, chorzy i cierpiący – mówi Mirosława Bednarowicz, kierowniczka schroniska dla bezdomnych. – Kiedy trochę ich podleczymy, wracają do siebie, czyli na dworzec

W schronisku dla bezdomnych, pod jednym dachem tłoczy się kilkadziesiąt ludzkich dramatów.
W schronisku najlepiej widać, jakie spustoszenia w ludzkiej godności robi alkohol. Przychodzą ci, którzy pili sami i stracili wszystko, przychodzą kobiety, którym wódka zabrała rodzinę, spokój i dobytek.
– Kiedyś byłem kierownikiem zakładu
i stać mnie było na wiele – opowiada Daniel, mieszkaniec schroniska dla bezdomnych. – Mieszkałem w czteropokojowym własnościowym mieszkaniu naprzeciwko schroniska. Daleko nie zaszedłem, prawda? Wszystko zabrał alkohol. Teraz marzę, aby mieć swój prywatny adres. Staram się o mieszkanie socjalne i być może już w przyszłym roku je dostanę. Drugiej szansy nie zmarnuję, bo po tym co na własne życzenie przeszedłem, uważam, że choćby na gazecie, ale na swoim.
Na stałe mieszka w schronisku 32 pensjonariuszy. Niemal wszyscy to inwalidzi. Otrzymują renty socjalne w wysokości 418 złotych.
– Wszystko wydajemy na życie – mówi Daniel. – A i tak jest ciężko, najgorzej z wyżywieniem. Ostatnio często brakuje nam na jedzenie i papier toaletowy. Ja i moi koledzy mamy sporo lat, a ciągle jesteśmy na starcie. Już się nie dorobimy, ale nie pijąc możemy godnie żyć.
Wciąż czekają miejsca w noclegowni. Schronisko jest w stanie przyjąć każdego bezdomnego. Są łóżka, pościele i do jedzenia też się coś znajdzie. Trzeba spełnić tylko jeden warunek. Obowiązuje absolutny zakaz picia. Tego punktu regulaminu nikt nie ma prawa złamać.
Resztę przepisów można nagiąć.
– Teoretycznie, noclegownia powinna
być czynna od godziny 8 do 17, ale jeśli ktoś przyjdzie wcześniej, bo marznie na ulicy, albo jest chory, zawsze przyjmiemy – deklaruje kierowniczka Mirosława Bednarowicz.
Bezdomnemu, który trafia do schroniska i wymaga pomocy lekarskiej, należą się pieniądze, za które mógłby zrealizo-wać receptę. – To przeważnie nagłe wypadki, zapalenia oskrzeli, płuc, ciężkie odmrożenia albo oparzenia od kaloryferów – opowiada pani Mirka. Pieniądze na leki wypłaca Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej.
Procedura jest jednak taka, że od recepty do jej realizacji w aptece, poprzez wywiad środowiskowy, wydanie decyzji administracyjnej, mija tydzień! – I co, mam patrzeć jak chłop wi-je się z bólu – pyta kierowniczka. – Zresztą pracownice MOPS same zachęcają bezdomnych, aby skądś pożyczyli pieniądze. Wyciągam swoje i pożyczam.

Autor artykułu: Ilona Parejko

Comments are closed.