Szesnastolatek obrabował kolekturę

February 12th, 2005

DZIERŻONIÓW Policja zatrzymała sprawcę

Kilkanaście dni trwały poszukiwania sprawców napadu na kolekturę Lotto w Dzierżoniowie. Pod koniec stycznia do kiosku na ul. Piłsudskiego w biały dzień włamało się dwóch mężczyzn.
Sprawcy obezwładnili sprzedawczynię. Ta później zeznała, że krzyczała, jednak nikt z przechodniów nie zareagował.
Mężczyźni z kasy ukradli 3,3 tys. zł i uciekli. Policji udało się ustalić i zatrzymań jednego ze sprawców napadu. Okazał się nim 16-letni dzierżoniowianin. Chłopak miał przy sobie łup. Przedstawiono mu już zarzuty, grozi mu kara pozbawienia wolności do lat 12. Sprawca jako nieletni odpowie przed Sądem Rodzinnym w Dzierżoniowie.

Autor artykułu: (KO)

Sensacje w klasztorze

February 10th, 2005

Lochy w Domu Pomocy Społecznej będą atrakcją turystyczną

Podczas wojny więźniowie produkowali w podziemiach elementy do łodzi podwodnych, a potem Rosjanie zainstalowali
tu systemy łączności.
Może kryją jeszcze jakieś tajemnice?

Kto to wie – mówi tajemniczo Lech Lipczak, dyrektor DPS. – Ale najwyższy czas, aby te lochy mogli zobaczyć turyści. A my przy okazji zarobimy trochę pieniędzy.
Ta największa placówka opiekuńcza
w kraju została wpisana w kwietniu ub.r na Listę Pomników RP. Zagraniczni turyści licznie odwiedzają barokowy kościół, który jest częścią dawnego kompleksu klasztornego. W podziemiach kiedyś przechowywano żywność i wino. Są one wysokie na prawie pięć metrów i ciągną się na 200 metrów. Nawet pod kościołem. – W czasie wojny Niemcy przetrzymywali tutaj kilkuset więźniów radzieckich, francuskich
i z krajów Beneluksu, którzy produkowali w podziemiach części do U-Bothów – wyjaśnia dyrektor Lipczak. – Stąd były one przewożone do Wrocławia, a stamtąd barkami Odrą transportowane do Niemiec.
O tym, że w kompleksie klasztornym był obóz, w którym przebywali żołnierze pokonanych armii informuje tablica na murze przy kościele. Po wojnie wszystkie maszyny i urządzenia przejęły wojska radzieckie. Po przekazaniu obiektów wojskom polskim przez wiele lat służyły jako tajny podziemny kompleks i łączności. Później trzymano w tych lochach zapasy szpitalne na wypadek wojny. Gdy kompleks w połowie lat 50. przekazano na dom pomocy społecznej
w podziemiach przechowywano ziemniaki i inne warzywa.
– Kilkakrotnie podziemia penetrowali poszukiwacze skarbów, nawet wojskowi
– wspomina dyrektor. – Nic nie znaleźli. Ale
w lochach jest zamurowanych solidnym betonem kilka pomieszczeń. Może coś tam jest?
Obecnie w podziemiach instalowane jest oświetlenie. Są sprzątane. Dyrektor planuje udostępnić je zwiedzającym 4 czerwca. Wówczas Legnickie Pole będzie gospodarzem dolnośląskiej imprezy prezentującej zabytkowe perły naszego regionu. – Przewodnicy będą opowiadali historię podziemi – dodaje dyrektor. – Spróbujemy też wydać opracowanie na ten temat. I wydrukujemy bilety.

Autor artykułu: Zygmunt Mułek

Jak stare żółwie

February 10th, 2005

Legniccy kierowcy narzekają na fatalną jakość gazu do napędu samochodowych silników. Nikt jednak nie może skontrolować stacji paliw

Od kilku tygodni nie poznaję swojego samochodu, gdy zatankuję gaz w Legnicy – złości się Wiesław Buń.
– Zachowuje się jak żółw. Trudno go rozpędzić,
a przede wszystkim niszczy się silnik

Pan Buń często wyjeżdża do Berlina. Gdy tam napełni bak gazem auto zmienia się nie do poznania. – Tam paliwo jest zdecydowanie lepsze – mówi legniczanin. – U nas tankuję na różnych stacjach i zawsze jest moim zdaniem gorszej jakości.
Kierowca poszedł poskarżyć się do legnickiej delegatury Inspekcji Handlowej. – Powiedziano mi, że w kraju nie kontroluje się płynnego gazu na stacjach paliwowych – łapie się za głowę pan Buń. – Poradzono mi, żebym napełnił bak i pojechał sprawdzić jakość gazu do Instytutu Nafty i Gazu do Krakowa. Ale to kosztuje przeszło tysiąc złotych i do tego jeszcze koszty transportu. To jakaś paranoja.
Dyrektorka legnickiej Inspekcji Handlowej, Anna Sapiełło–Renk potwierdza, że na stacjach paliwowych inspektorzy nie mogą kontrolować jakości gazu. – Bardzo byśmy chcieli to robić, ale niestety, nie ma przepisów prawnych, które by to nam umożliwiały – przekonuje pani dyrektor. – Nie mamy też sprzętu i odpowiedniego laboratorium. Możemy tylko przyjmować skargi i czekać kiedy dostaniemy uprawnienia do kontroli.
W wydziale kontroli paliw w Głównym Inspektoracie Inspekcji Handlowej powiedziano nam nieoficjalnie, że dociera tu dużo skarg na jakość paliwa gazowego. – Ale jesteśmy zupełnie bezradni wobec tego zjawiska – twierdzi z rozbrajająca szczerością jeden z inspektorów. – Muszą się zmienić przepisy prawne.
– Paliwo gazowe na rynku wewnętrznym nie podlega praktycznie żadnej kontroli – dodaje dr Justyna Steczko z krakowskiego Instytutu Nafty i Gazu. – Teoretycznie jest on kontrolowany przez odbiorców na granicy.
Instytut ma laboratorium i sprzęt posiadający akredytację upoważniającą do kontroli.
– Przeprowadzamy je na zlecenie właścicieli stacji, czy firm, które handlują ciekłym paliwem – wyjaśnia pani doktor. – Osoby prywatne, które chciałyby walczyć z firmami, które sprzedają paliwo złej jakości mają marne szanse na udowodnienie im tego procederu w sądzie.

Autor artykułu: Zygmunt Mułek

Zaplątani na drogach

February 10th, 2005

Ekspresowa trasa S-3 ma być szansą na rozwój regionu legnickiego. Na razie jednak bardziej dzieli, niż łączy

Niemal każdy powiat i miasto, przez które ma prowadzić droga ekspresowa droga, zgłasza zastrzeżenia co do jej przebiegu. Niektórzy samorządowcy mówią wręcz o dyktacie wielkich miast regionu

Różnice zdań pojawiły się w całej ostrości podczas spotkania w legnickim ratuszu. Tematem był przebieg drogi ekspresowej S 3. Przyjechali przedstawiciele samorządów, a także Edward Gajerski, szef Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Warszawie i Jacek Oszytko, szef dolnośląskiego oddziału GDDKiA. Ale nie zaproszono nikogo ze Złotoryi.
Droga ekspresowa S 3 ma być namiastką autostrady A 4, która ostatecznie wypadła z planu sieci takich dróg w kraju.

W naszym regionie przebiegiem drogi S 3 zainteresowane są: Polkowice, Lubin, Legnica, Jawor, Złotoryja. Na stole leży koncepcja S 3 opracowana w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, która nikogo nie zadowala.

Polkowice: Nóż w serce
Władze Polkowic nie zgodą się na propozycję, aby S 3 pokryła się z obecnym przebiegiem drogi krajowej nr 3, czyli przez sam środek miasta. – Gdy tylko dowiedzieliśmy się, że taka jest koncepcja natychmiast zaprotestowaliśmy – mówi Małgorzata Skórska, rzecznik prasowy burmistrza Polkowic.
Co takiego nie podoba się polkowiczanom? Przede wszystkim droga dzieli na pół miasto w sposób, który zdaniem tamtejszych władz uniemożliwi perspektywiczny i racjonalny rozwój Polkowic. Droga ekspresowa zakłada istnienie 60-metrowych pasów po obu jej stronach, gdzie nie można nic budować. Po drugie, zjazdy z takiej drogi są ściśle określone i rzadziej rozmieszczone niż na zwykłych drogach.
Tymczasem Polkowice mają się rozbudowywać po drugiej stronie obecnej krajówki. Dzisiaj można ją łatwo przekroczyć. Gdy w tym miejscu znajdzie się droga S 3, odseparuje ona rozwijającą się część miasta od starej części.
– Tereny po drugiej stronie krajówki mają się stać Nowymi Polkowicami, tam też są zakłady Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej – dodaje Skórska.
– Tymczasem według naszych informacji mają być tylko dwa węzły – na początku i końcu miasta, z których można by zjechać do Polkowic. Taka koncepcja jest nie do przyjęcia – dodaje.
Nieoficjalnie w Polkowicach zapowiadają, że utworzą lobby, aby doprowadzić do zmiany przebiegu S 3. W którą stronę? Tego na razie nikt nie mówi. Jedno jest pewne – droga nie może biec środkiem miasta.

Daleko od szosy
To, co przeszkadza Polkowicom jest bardzo pożądane w Lubinie. Prezydent Robert Raczyński zabiega, aby drogę przysunąć jak najbliżej miasta. Tymczasem koncepcja przewiduje wybudowanie jej poza Lubinem.
– Zależy nam, aby podróżujący przyszłą drogą S 3 mogli zjechać do miasta – wyjaśnia Tymoteusz Myrda z urzędu miasta.
– Wokół zjazdu na pewno powstaną firmy, gastronomia, motele. To szansa na dodatkowe pieniądze i pracę dla lubinian.
W Urzędzie Miasta w Lubinie powołują się na przykład obecnej drogi krajowej nr 3, która biegnie przez miasto i pełni funkcję aktywizującą dla lokalnego biznesu. Także tutaj chcą tworzyć front poparcia dla swojej koncepcji przebiegu S 3.

Nieobecni nie mają racji?
Przebieg drogi S 3 jest też ważny dla powiatu złotoryjskiego, chociaż sama droga nie zahacza o jego tereny. Problem w tym, że połączenie S 3 z autostradą A 4 planowane jest blisko Legnicy.
Czyli w odległości mniejszej niż 5,5 km od obecnie istniejącego węzła A 4 koło Wilczyc, gdzie autostrada przecina się z drogą nr 364, prowadzącą ze Złotoryi do Legnicy. Dla wilczyckiego węzła oznacza to likwidację, co potwierdza Jadwiga Zimoląg, dyrektor wydziału urbanistyki i architektury Urzędu Miasta Legnicy. Dodaje, że tak stanowią przepisy.
– Walczyłem, aby zjazd wilczycki był wyremontowany przy okazji odbudowy A 4 – mówi wzburzony starosta Raszkiewicz. – Udało się, a teraz dowiaduję się od dziennikarzy, że zjazd jest zagrożony. To, że rozmawiano o przyszłości zjazdu bez mojego udziału, jest niezrozumiałe. Mam wrażenie, że ktoś chce załatwić coś za naszymi plecami – dodaje.

Legnica poprze Złotoryję?
To jest właśnie powód zgrzytów między Legnicą i Złotoryją.
– Nie wiem, dlaczego pominięto starostę Raszkiewicza – mówi Arkadiusz Rodak, rzecznik prasowy prezydenta. Tymczasem właśnie delegacja ziemi złotoryjskiej byłaby bardzo zainteresowana przebiegiem dyskusji. – Nie chcemy odcięcia powiatu złotoryjskiego od świata – zapewnia Jadwiga Zimoląg. – Jeżeli ostatecznie węzeł znajdzie się w pobliżu Legnicy, to będziemy popierali ideę budowy drogi równoległej do A 4, prowadzącej od drogi wojewódzkiej biegnącej przez powiat złotoryjski aż do przyszłego węzła.
W starostwie w Złotoryi przyjmują te zapewnienia cierpko: Skoro nikt nie spiskuje za naszymi plecami i wszyscy się o nas troszczą, to dlaczego nas nie zaproszono na czwartkowe spotkanie?

Autor artykułu: Zbigniew Budych

To nie przestępstwo

February 9th, 2005

JELENIA GÓRA Sąd okręgowy uznał, że Niemcy rozlepiający antypolskie plakaty popełnili wykroczenie.
Z taką interpretacją prawa nie zgadza się prokuratura, która chce zaskarżyć to postanowienie

Trzej obywatele Niemiec, wśród których znalazł się radny samorządu Goerlitz, od maja 2004 roku do 22 lipca rozlepili w Jeleniej Górze, Piechowicach, Szklarskiej Porębie, Karpaczu i Bolesławcu co najmniej 32 antypolskie plakaty.
Pojawiały się one na słupach ogłoszeniowych i przystankach.

Rzekome zbrodnie
Informowały one o rzekomych masowych zbrodniach popełnianych przez Polaków i Czechów na Niemcach w czasie i po zakończeniu II wojny światowej. Czytamy w nich między innymi, że planowe strzelanie do niezdolnych do pracy starych i chorych ludzi należało w różnych obozach do codziennego rytuału. Polacy i Czesi mieli uśmiercić wg. autorów plakatów 22 tysiące niemieckich cywili a setki tysięcy skierowano do obozów koncentracyjnych. Na plakatach pojawiły się także żądania zwrotu ziem i majątków pozostawionych przez Niemców.

Zniewżyli naród
Jeleniogórska Prokuratura Okręgowa, która prowadziła śledztwo w tej sprawie uznała, że Niemcy popełnili przestępstwo. Znieważyli Naród Polski za co grozi kara do trzech lat więzienia oraz nawoływali do nienawiści na tle różnic narodowościowych.
Sąd uznał jednak, że czyn Niemców nie jest przestępstwem i zasugerował rozpatrzenie sprawy pod kątem wykroczenia. Niemcy mieliby dopuścić się rozlepiania plakatów bez zezwolenia.
– Głoszone przez oskarżonych poglądy, niewątpliwie drastyczne, radykalne, nie potwierdzone przez historyków, abstrahując czy zgodne z prawdą historyczną czy nie, nie zawierają pogardy do Narodu Polskiego, nie są obelżywe, nie ośmieszają Narodu Polskiego – czytamy w uzasadnieniu postanowienia.

Biegli uważają, że to przestępstwo
– Nie zgadzamy się z tą decyzją. Zaskarżymy ją we wrocławskim sądzie apelacyjnym. W tej sprawie wypowiedzieli się biegli w dziedzinie socjologii, historii i prawa. Uznali, że jest to przestępstwo – mówi Lesław Królikowski, rzecznik prokuratury.

Autor artykułu: Rafał Święcki

Zostały zabytkami

February 9th, 2005

WAŁBRZYCH Wieże szybowe w Wałbrzychu uratowane przed wycięciem

Gdy działały kopalnie, nosiły nazwy: Chrobry I, Chrobry II zachód i Chrobry II wschód. Stalowe konstrukcje z przełomu XIX i XX wieku wznoszą się na kilkadziesiąt metrów w górę. Trzy wieże szybowe od zawsze były elementem wałbrzyskiego krajobrazu. I będą nadal, choć istniała groźna, ze zostaną pocięte na złom.
Wieże należą bowiem do prywatnego właściciela. W 2000 roku nabył je, wraz z działką, od syndyka kopalni.
Za trzy wieże zapłacił wówczas – jak wynika z poświadczonej przez notariusza umowy kupna-sprzedaży – 500 złotych.
Oficjalnie – jak czytamy we wniosku, złożonym jeszcze w ubiegłym roku przez właściciela działki (odmawia on jakichkolwiek kontaktów z prasą) w starostwie powiatowym w Wałbrzychu – niekonserwowane obiekty stanowią zagrożenie.
Na domiar wszystkiego do niezabezpieczonych obiektów zaczęli dobierać się poszukiwacze złomu. Wieże – mimo sędziwego wieku – nie zostały umieszczone w rejestrze zabytków, więc ich usunięcie było – w świetle obowiązującego prawa – możliwe.
Nie dopuścili do tego byli gwarkowie ze stowarzyszenia „Górnicza Pamięć”. Zaalarmowali oni konserwatora zabytków. Konserwator rozpoczął postępowanie, które ma doprowadzić do wpisania obiektów przy ul. Beethovena na listę chronionych zabytków. Po kilku miesiącach udało się! Dziś wieże są zabytkiem techniki, ale dzięki takiemu niefrasobliwemu podejściu do dawnych obiektów, z mapy Wałbrzycha zniknęła m.in. zabytkowa uzdrowiskowa hala spacerowa czy obiekty byłych koksowni i kopalni. Tylko niektóre z nich udało się przenieść do działającego w mieście Muzeum Przemysłu i Techniki.

Autor artykułu: (RQP)

Grozili egzekucją

February 9th, 2005

Legnica/Złotoryja Kończy się proces dwóch legniczan, oskarżonych o porwanie mężczyzny

Wczoraj odbyła się rozprawa przeciwko Danielowi Z. i Arkadiuszowi A. Oskarżeni mają po 28 lat.
Prokuratura uważa, że postanowili oni sami ukarać osoby, które podejrzewali o kradzież sprzętu budowlanego. Na początku maja ubiegłego roku przyjechali do Ernestynowa – niewielkiej wsi po Złotoryją. W tej miejscowości mieszkali budowlańcy, którzy remontowali lokal dzierżawiony przez dwudziestoośmiolatków.
Zdaniem prokuratury Daniel Z. i Arkadiusz A. najpierw napadli 64-letniego Karola M, a później porwali i pobili 54-letniego Eugeniusza Z. Napaść wiedziała sąsiadka obu poszkodowanych, która natychmiast powiadomiła policję.
Eugeniusza Z. zeznał, że porywacze straszyli go, iż powieszą do w lesie. Jednak, po wjechaniu do lasu w okolicach Krotoszyc, wyrzucili go z auta i odjechali.
Prokuratura oskarżyła Daniela Z. i Arkadiusza A. o pobicie dwóch mężczyzn i porwanie jednego. Oskarżeni złożyli już wyjaśnienia przed sądem. Przekonują, że Eugeniusz Z. Wszedł do ich auta dobrowolnie i nie pobili go, a jedynie próbowali go zastraszyć.
Proces powinien się niedługo zakończyć. Kolejna rozprawa odbędzie się 22 lutego. Jeśli strony nie złożą nowych wniosków dowodowych najpewniej zapadnie na niej wyrok.

Autor artykułu: (EWA)

Zła rada dla Błądka

February 8th, 2005

Solidarność groziła rozruchami i apelowała do ministra skarbu o poskromienie apetytów. Na razie nie ma podwyżki pensji prezesów KGHM

Górnicy z kopalń Polskiej Miedzi dostali średnio
po 600 zł podwyżki. Wczoraj rada nadzorcza miała
o kilkadziesiąt tysięcy złotych podnieść pensje zarządu. Decyzję odwlokła

Rada odrzuciła wniosek zarządu KGHM w sprawie podwyżki, uznała jednak zasadność wprowadzenia systemowych zmian sposobu wynagradzania zarządu
– informuje Dariusz Wyborski, rzecznik prasowy Polskiej Miedzi. – Poleciła zarządowi, na jedno z najbliższych posiedzeń, przygotować taką propozycję.
Józef Czyczerski – szef miedziowej Solidarności, który apelował do ministra skarbu o zablokowanie podwyżki
i groził górniczymi protestami – broni się przed odtrąbieniem zwycięstwa.
– Groźba podwyższenia płac zarządowi tylko przesunęła się w czasie – mówi Czyczerski, członek rady nadzorczej z wyboru załogi.
Poza stałym wynagrodzeniem (ok 21,7 tys. zł brutto) prezes KGHM Wiktor Błądek dostaje przyznawaną co kwartał przez radę nadzorczą premię. Jej wartość w ostatnich dwóch latach systematycznie rosła (średnio z 7 do 26 tys. zł). W efekcie średnie wynagrodzenie prezesa Polskiej Miedzi w 2004 roku wyniosło łącznie ok 47 tys. zł.
Wiktor Błądek uważa, że powinien zarabiać więcej. Powołując się na rekordowe wyniki spółki osiągnięte za swojej prezesury, trzy miesiące temu poprosił radę nadzorczą
o podwyżkę dla całego zarządu i kadry dyrektorskiej. Argumentował dodatkowo, że od czterech lat nie podwyższano zarządowi pensji, a szefowie innych spółek giełdowych pracują za większe pieniądze.
– Pensje ich prezesów to trzydziestokrotność przeciętnego wynagrodzenia załogi, podczas gdy w KGHM ten stosunek wynosi tylko 1:10 – precyzuje Dariusz Wyborski, rzecznik prasowy Polskiej Miedzi.
Na wczorajszym posiedzeniu rady nadzorczej dwie firmy konsultingowe przedstawiły różne projekty nowego systemu wynagrodzeń dla kadry zarządzającej KGHM. W zależności od przyjętej wersji płaca zasadnicza prezesów miała wzrosnąć o 100 – 150 procent. W najkorzystniejszym dla Wiktora Błądka wariancie pobierałby on ok 62 tys. zł samej płacy zasadniczej.
– O wielkości podwyżki
w ogóle podczas posiedzenia rady nie rozmawiano – mówi Dariusz Wyborski. – Dyskusja toczyła się wokół tego, czy zmiana byłaby zasadna.
Józef Czyczerski nie wyklucza, że Solidarność poprze projekt nowego systemu wynagradzania zarządu.
– Zmiana nie może jednak polegać na prostej podwyżce pensji – tłumaczy szef Solidarności. – Musi motywować do lepszego zarządzania naszą firmą.

Autor artykułu: Piotr Kanikowski

Sąd nad sądem

February 8th, 2005

Echa naszych publikacji: Sędzia z Trzebnicy odpowie dyscyplinarnie, jego sprawą interesuje się także prokurator

Do sądu dyscyplinarnego przy Sądzie Apelacyjnym we Wrocławiu wpłynął wniosek o ukaranie Stanisława D, sędziego z Trzebnicy.

Czy przewinienia sędziego mają także charakter karny – sprawdza prokuratura.
- Postawiłem sędziemu Stanisławowi D. dwa zarzuty -mówi Alojzy Zawadzki, rzecznik dyscyplinarny Sądu Okręgowego we Wrocławiu. – Jest to oczywiste i rażące naruszenie procedury oraz poświadczenie nieprawdy, co uchybia godności zawodu.
Jak informowaliśmy jako pierwsi, Stanisław D. w czerwcu b.r. odroczył dwóm trzebnickim przestępcom wykonanie kary więzienia. Obaj byli skazani na trzy lata pozbawienia wolności za handel kradzionymi samochodami. Działali na dużą skalę. Argumentowali, że nie mogą odbyć kary, bo uprawiają pole. Sędzia nie zweryfikował tych argumentów, darował przestępcom pół roku wolności. W protokołach z obu posiedzeń, odbywających się w różnych dniach, znalazło się nazwisko prokuratora, który twierdził, że wcale w nich nie uczestniczył.
- Z całą pewnością ustaliliśmy, że prokuratora nie było na tych posiedzeniach, więc zarzuciłem sędziemu poświadczenie nieprawdy – tłumaczy Zawadzki. . – Trzebnicki sędzia złamał procedurę nie wyznaczając terminu posiedzeń oraz nie zawiadamiając o nich stron.
Stron – czyli w tym wypadku oskarżyciela. W ten sposób sędzia skutecznie uniemożliwił prokuraturze wniesienie w terminie odwołania. Prokuratura po prostu nie wiedziała o podjętych decyzjach. Potem, kiedy sprawa wyszła na jaw, wprawdzie wniosła zażalenie, ale w praktyce nie miało to znaczenia. Co z tego, że wrocławski sąd ostatecznie uchylił postanowienia sędziego D., skoro przestępcy i tak w tym czasie nie znaleźli się w więzieniu?
Rzecznik podkreśla, że nie badał decyzji Stanisława D. merytorycznie. Zrobił to już wcześniej wrocławski sąd, rozpatrując zażalenia prokuratury. Uznał wówczas, że sędzia D. odroczył karę bezpodstawnie.
Stanisław D. w ciągu kilku dni od ujawnienia przez nas sprawy stracił stanowisko przewodniczącego wydziału grodzkiego Sądu Rejonowego w Trzebnicy. Oficjalny powód: utrata zaufania prezesa. Teraz grozi mu cały wachlarz kar dyscyplinarnych, od upomnienia do usunięcia z urzędu. Jeśli przewinienia mają charakter przestępstwa, to sąd dyscyplinarny decyduje, czy sędziowie mogą być pociągnięci do odpowiedzialności karnej.
- Sąd dyscyplinarny musi rozpoznać sprawę w ciągu miesiąca – powiedział nam Witold Franckiewicz, rzecznik Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu. -Wkrótce zostanie wyznaczony termin.
Po postawieniu zarzutów przez rzecznika dyscyplinarnego, sprawą sędziego D. zajęła się Prokuratura Okręgowa w Świdnicy ( na polecenie Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu). Na razie nie udziela na jej temat informacji, poza tym, że jest na etapie początkowym.

Autor artykułu: Alicja Giedroyć

Ciuch z metkami markowych firm

February 8th, 2005

Wrocław Zatrzymano handlujących pirackimi płytami i podrobioną odzieżą

Trzy tysiące pirackich płyt z nielegalnie skopiowanymi filmami i programami komputerowymi. Ponadto 80 sztuk odzieży: bluz, kurtek i spodni dresowych. Towar ten leżał na stoiskach, kiedy na targowisko przy dworcu Świebodzkim wjechali policjanci. Handlowało przy nich dziewięć osób: siedmiu mężczyzn i dwie kobiety (w wieku 18 – 38 lat). Teraz biznesmenom, podejrzanym o handel nielegalnym towarem, grozi do pięciu lat więzienia. Ponadto jeden z zatrzymanych odpowie również za posiadanie narkotyków. Miał 15 porcji amfetaminy.
Wartość przechwyconych przez policjantów nielegalnych płyt i odzieży z podrobionymi znakami towarowymi oszacowano na około 52.000 zł. Z kolei straty poniesione przez legalnych producentów mogły wynieść nie mniej niż 234 tysięcy zł.

Autor artykułu: (SUO)